czwartek, 23 lipca 2015

Orikon



Dawno mnie tu nie było więc  mała historia z wypadu na Orikon :



Odgórny sojusz z niewielką grupą sithów by zniszczyć  tajemniczy kult na Orikonie… Jak dla mnie to było jakieś dziwne, lecz nie mi było dane rozważanie, tylko wykonywanie zadań. Wraz z małą ekipą, na czele której stała nasza główna mentorka Hei’lang , siwowłosy mistrz Sallaros , Cus nawrócony czystej krwi Sith i ruda Cold’fury, zawsze gotowa do otwarcia ognia z swoich bolterów. I Ja , wygnany jedi, który zrobi wszystko by powrócić do zakonu i zwrócić na siebie uwagę … by mi pomogli odnaleźć siebie ... Po wylądowaniu i szybkim zbadaniu okolicy wyruszyliśmy na ustalone miejsce spotkania z Oz’makiem.  Hei’l i Sall szli przodem rozmawiając o czymś, lecz nie można było usłyszeć o czym mówią  . Lekko zboku Cold,  Cus. Lecz ten zamyślony kroczył obok niej , rękę trzymając na rękojeści miecza. A ja jak zawsze szłam sama , mogłam spokojnie obserwować rosnące przed nami zrujnowane mury,  przy których było widać sylwetki czekające na nas .
-Oz’mak, witaj. Jesteśmy – pokłoniła się Hei’l .
-Nie mamy czasu, za mną.  –Tylko odrzekł i wyruszył  w swej czarnej zbroi, a za nim dwóch jego przydupasów.
Ej Cus,  miły ten gościu co nie?
-Twój sarkazm Cold’fury nie jest tu konieczny.
Trzymając się na baczności pokonywaliśmy kolejne korytarze zrujnowanej twierdzy, gdy dotarliśmy do jednego z większych pomieszczeń otoczonego wysokimi murami. Nasi imperialni przyjaciele stanęli.
-Mam was wreszcie tam, gdzie chciałem. Nie sądziłaś, że jakikolwiek kult jest w stanie mi zagrozić? Zginiecie tu wszyscy. – Rzekł Oz’mak wyciągając swój miecz i kierując jego ostrze w stronę Hei’lang wyzywając ją do pojedynku. Weszliśmy w pułapkę,  idealnie. Ja , Cus, Hei’lang ,Cold’fury i Sallaros stawiliśmy czoła Imperialnym. Hei’lang rzuciła się na przywódcę, chwilę potem ja na jednego z popleczników sitha. W wąskim korytarzu  otoczeni wysokimi ścianami krzyżowaliśmy swoje miecze. Cios odskok cios unik cios. Taniec mieczy rozświetlał ciemność ruin twierdzy. W tym momencie nie było dla mnie nic ważniejszego, tylko zneutralizowanie jednego sitha i od razu atak na następnego. Gdy szala zwycięstwa była po naszej stronie a Hei’lang miała zadać ostateczny cios Oz’makowi, ten wezwał posiłki. Mistrzyni Hei spoglądając na to co się dzieje dookoła  nie zauważyła potężnego pchnięcia mocą . Ja sama byłam za daleko by cokolwiek zrobić. Tak mocne uderzenie w takim miejscu ogłuszyło  nas wszystkich na krótką chwile. Hei dostała najmocniej. Ciało opadło bezwładnie na ziemię . . .  Sama straciłam na chwilę kontakt z rzeczywistością. Słyszałam jedynie: „wycofujemy się”, po czym zauważyłam jak Cus podnosi odepchnięte ciało poległej.
Uciekajcie , jesteście niczym wobec mojej siły. –Echo głosu Oz’maka odbijało się i towarzyszyło póki nie opuściliśmy ruin. O dziwo, nie podążał za nami .

Wycofaliśmy się do jednego z obozów republiki. W punkcie medycznym dowiedzieliśmy się że stan Mistrzyni jest bardzo ciężki, nie było wiadomo przez chwilę czy przeżyje. Każdy z nas był zdenerwowany, zaniepokojony. Jaki podjąć kolejny krok, co dalej z nami , co się stanie jak mistrzyni z tego nie wyjdzie. Sama nie mogłam już patrzeć na naszą paczkę. Każdy poobijany,  jak adept podczas pierwszego treningów z droidami …  Z namiotu medyka słyszałam jak Sallaros kontaktował się z Kamzem  . Kazał mu przybyć na Orikon , powiedział tylko:
Z Hei’lang jest ciężko. – parę minut potem można było zobaczyć jak jego krążownik  gnał w naszym kierunku przez pustkowia Orikonu. Odgłos jego ścigacza był coraz bardziej słyszalny. Gdy był już blisko zeskoczył z pojazdu i pobiegł do obozu. Rzucił hełm na jedno z pustych łóżek, po czym padł na kolana przed Hei’lang sprawdzając co się dzieje z nią . Chwilę rozmawiali wszyscy , choć rozmową nie można było tego nazwać. Sallaros wydzierał się na wojskowego mówiąc, że to, co chce zrobić jest głupie, że człowiek z jego rangą powinien być opanowany. Po kolejnych minutach kłótni, Kamzo pocałował Hei’l w czoło, po czym wstał. Ubrał hełm i wyszedł w milczeniu kierując się w stronę naszej porażki.
Co ty sobie wyobrażasz? Sam ich wszystkich pozabijasz? Zastanów się Kamzo .Czy tego teraz by chciała Hei’lang? – Sallaros wybiegł za generałem potrącając skrzynki z zaopatrzeniem.
-Nie. Ja tego chcę  i nie powstrzymasz mnie. –Czułam jak złość rośnie w nich obojgu. Gdyby mogli pozabijali by się tam oboje . Wiedziałam że nikt nie powstrzyma generała.
-Kamzo czekaj. Pójdę z tobą. – Wstałam i powolnym, lecz zdecydowanym krokiem udałam się po swojego ścigacza. Mijając Cusa zapytałam go czy idzie po zemstę, jak na prawdziwego sitha przystało, lecz ten nic nie odparł.
-Co? Ty i Kamzo kontra cała armia sithów. To samobójstwo, Saro! Nie możecie teraz zostawić Hei’l - przecież ona… - Przerwał Sallaros. Widząc, że nic nie jest wstanie zrobić, by nas zatrzymać ,opuścił głowę i wrócił do namiotu.
Generał spojrzał tylko na mnie; nie myślał, że  ktoś taki jak ja  wspomoże go w jego samobójczej próbie zemsty .
 –Saro, po co to robisz ?
-Generale: ‘ Za śmierć płacimy śmiercią ‘. – po czym ruszyliśmy zostawiając nadzieje, że Hei’lang wyzdrowieje i dorwiemy Oz’maka.
Pędząc w stronę ruin nie napotkaliśmy nikogo , tuż przed nimi   z ścigaczy i wyruszyliśmy na miejsce rzezi. 
-Wyczuwasz kogoś?
-Nie , może wezwiemy posiłki?
-Idziemy, ci sithowie powinni wiedzieć gdzie jest ich dowódca. – Myślałam przez chwilę że to jakiś głupi żart. lecz generał ruszył schodami do góry, nie czekając na mnie . Od razu pobiegłam za nim.
-Saro ty krwawisz . Twój rękaw jest cały we krwi.
-Nic mi nie jest , to nie moja krew, tylko .. tylko  sitha którego zabiłam w walce.- Musiałam skłamać,  nie puścił by mnie, gdyby wiedział, że ledwo co mogę podnieść prawą rękę. Ból łagodziłam rządzą zemsty jak kiedyś… Jak sith, z którymi walczyliśmy. Dochodząc na miejsce, gdzie parę godzin temu walczyliśmy, nie było śladu po imperialnych . Jedynie ciała zabitych.
-Tak jak myślałam, to te ciała tylko , po za nimi nie ma tu nikogo. – Chwilę rozglądałam się za jakimś śladem, tropem, lecz nic.
-Szlag.- Noga generała powędrowała w stronę ciała, któremu teraz można było doliczyć złamanie żeber przez kopnięcie butem .
– Gdzieś przecież muszą być, nie mogli się rozpłynąć w  tym syfie…-chwilę po tym dodał.
– Zaraz; jesteśmy na wierzy. Może uda się odnaleźć jakieś ślady po nich: obóz, czy coś w tym stylu. Wiesz o co mi chodzi?
-Generale, jeżeli ja ich nie wyczuwam, to może ich tu już nie być. – Co prawda, nie wyczuwałam niczego poza nienawiścią mojego towarzysza; lecz to może dlatego, że nie doszłam jeszcze całkowicie do siebie po walce. Generał co chwilę spoglądał przez skaner. Gdy już tracił nadzieję, usłyszałam ‘’Ruszamy, mam trop”. Zaczął biec w dół po schodach, nie zwracając uwagi na mnie. Żądza zemsty wzięła nad nim kontrole, pragnienie śmierci Oz’maka wygrało nad zdrowym rozsądkiem, którego na chwilę obecną miał wystarczająco mało.
-Kamzo, czekaj.- Głęboki wdech i teraz ja zbiegałam ze schodów, błagając mocy aby się po nich nie pozabijać
-Co tak długo? Ruszamy  na te koordynaty.- Z nadal krwawiącą ręką prowadziłam ścigacz, ból przy zakrętach był ogromny, lecz nie taki, który w tym momencie przeżywał Kamzo. Z trudem, lecz udało mi się wyrównać nasze ścigacze.
– Kamzo!  Słuchaj! Może wezwiemy posiłki? Czuje że tam jest ich duża grupa. Sami nie damy sobie rady! – Lecz ten udawał, że nie słyszy, kiwnął ręką po wojskowemu i zwiększył prędkość oddalając się i  zostawiając mnie znów z tyłu.
Gdy docierałam na miejsce, już w oddali było widać jak Kamzo skrada się, by podejść jak najbliżej obozu. Na nasze szczęście, sithowie stacjonowali w jednej z zrujnowanych fortec. Im byłam bliżej, tym bardziej czułam, że ciemna strona rośnie w tym miejscu. Zsunęłam się z ścigacza i wyruszyłam śladami generała. Widząc go ukrywającego się za gruzem i częścią muru, przykucnęłam przy nim.
- Co ty robisz, chcesz nas wszystkich pozabijać? Jak chcesz zobaczyć swoją Hei’lang, to lepiej by było poczekać na jedi, a nie pchać się na pałę do przodu przecież ….- Nie zdążyłam dokończyć gdy Kamzo zasłonił mi usta.
-Cicho , patrz.- Wskazał palcem w stronę dwóch sylwetek, których wczesnej nie widziałam. Stali niedaleko nas ciężkozbrojni Sithowie; aż dziwne, że nie usłyszeli mnie, jak próbowałam przemówić mu do rozsądku. Przez chwilę stali bez ruchu, lecz po paru minutach wyruszali w głąb ruin. Generał zabrał swoją rękę z moich ust po czym wskazał kierunek i dodał:
– Idziemy za nimi.
- Nigdy więcej tego nie rób bo odetnę ci tą rękę, mimo tego że jesteś generałem, zrozumiałeś?- To byłe dziwne uczucie, kolejny wojskowy dotykał moich ust, lecz to nie miało znaczenia. Podążaliśmy za ową dwójką sithów, którzy z niewiadomego powodu nagle się zatrzymali. Po czym odwrócili się do nas i wyciągnęli miecze świetlne. Widząc to, od razu postąpiłam tak samo, lecz przez ból ręki upuściłam miecz.
 –Drugi miecz też rzuć panienko, na ziemię. – Dodał głos za nami. Gdy odwróciliśmy się zobaczyć co się dzieje, mieliśmy wycelowane blastery łowców nagród na twarz. Wpadliśmy w pułapkę. Znowu. Kamzo, nie czekając, ztaranował plecami  jednego, ja rzuciłam się na sithów. Z jedną sprawną ręką spokojnie mogłam sobie poradzić z  jednym z nich. Na szczęście nie byli zawansowanymi rycerzami. Z łatwością  odparowywałam ataki, po czym wyprowadziłam swoje - pierwszy padł szybko. W tym samym czasie Kamzo skutecznie obezwładnił jednego, po czym zabił drugiego łowcę. Zabrał blaster i otworzył ogień w stronę sitha. Laser tylko śmignął obok mojej twarzy, trafiając ostatniego napastnika prosto w głowę. Gdy myśleliśmy że to koniec,  zjawił się on, Oz’mak. Bez straty czasu rzucił się na mnie odpychając na ścianę, miażdżąc moje ciało. Osuwając się na ziemię dostałam wiąską błyskawic od nieznanej mi lady sithów. Mdlejąc widziałam jak przez mgłę, że generał strzela w Oz’maka, lecz on odbija wszystkie strzały, po czym używając ciała Kamza jako tarczy, przebija się przez parę ścian.
Ogłuszona w ciężkim stanie słyszałam jedynie urywki rozmowy :
-Przebudza się. Co z nią zrobimy? – zapytał głos nieznanej kobiety.
-Nie przyda nam się ona, długo nie przeżyje. Zostawcie ciało w obozie, nikt tu jej nie znajdzie. – wydawało mi się że to był Oz’mak, lecz nie byłam w stanie tego potwierdzić.
-Przebudza się! – po tych słowach kobieta poraziła mnie błyskawicą i znów straciłam kontakt ze światem.


Obudziłam się w obozie sił republiki, na łóżku, podłączona do aparatury medycznej. Nadal byłam na Orikonie, ten smród siarki dało się wyczuć wszędzie.
-O Pani Jedi się przebudziła, przekaże informacje  medykowi.- Orzekł mechanicznym głosem droid i skierował się w stronę wysokiego, dobrze zbudowanego bruneta w kitlu lekarskim. – Doktorze  pacjentka się wybudziła: Stan zdrowia stabilny, brak poważniejszych urazów zdrowotnych; mogę się do czegoś przydać, panie?
-Dziękuję, idź do pacjenta numer 19, sprawdź jego stan, a ja się zajmę naszą blond pięknością.- Skierował swój wzrok na mnie, po chwili podszedł, przedstawił się jako doktor Spart z sił zwiadowczych.
- Namierzyliśmy sygnał S.O.S od generała Kamza, lecz znaleźliśmy ciebie. Gdzie generał? – Przez chwilę byłam w szoku, nie wiedziałam jeszcze co się dzieje. Zerwałam się z łóżka próbując wstać, lecz zakręciło mi się w głowie i omal nie upadłam . Złapał mnie doktor.
- Łaaa, mam cię. Nie próbuj tak się zrywać, bo nie jesteś jeszcze na siłach.- Pomógł mi usiąść, samemu siadając obok.
 – Jesteś z tej grupy jedi co stacjonowała tu niedaleko? Od tego ciężkiego przypadku z mistrzynią Mei, Lej? Czy jakoś tak?
-Hei’lang. Tak, gdzie oni są? - Znów zerwałam się, lecz tym razem oparłam rękę na ramieniu doktora, więc stałam w miarę prosto .
 – Gdzie oni są? Muszę przekazać informacje. – Zacisnęłam rękę, chyba za mocno, bo doktor zrobił się lekko czerwony.
-Spokojnie, są w klinice medycznej na Coruscant. Zabrał ich nasz okręt. - Spoglądał na zaciskającą się dłoń.- Czy możesz przestać? To boli.
-Dziękuje i przepraszam za to co zrobię . – Nadal bolącą, lecz już opatrzoną ręką sięgnęłam po metalową tackę, po czym zdzieliłam lekarza po głowie. Ten osunął się spokojnie na łóżko.
Wiedziałam jedno: muszę się skontaktować z Hei’lang, dlatego skierowałam się w stronę zaparkowanego niedaleko ścigacza. Wsiadłam na pierwszego lepszego , włączyłam autopilota. Po tym straciłam przytomność; jak znalazłam się na statku, jak weszłam na pokład i jak doleciałam do Stolicy - nie pamiętam; jedynie  biały budynek w którym wyczuwałam moich przyja… towarzyszy.

Chwiejnym krokiem weszłam do windy, nacisnęłam przycisk. W tle leciała jakaś durna irytująca melodyjka. Na szczęście nikt nie wsiadał po drodze,  bo umarłby ze strachu. Klinika, winda, kobieta w postrzępionej porwanej zakrwawionej szacie  opierająca się o ścianę. Musiałam niechcący rozerwać bandaż na ręce,  bo znów krwawiła. Sygnał dźwiękowy, drzwi się otworzyły. W oddali słyszałam głos Sallarosa , nie wiem co konkretnie mówił, lecz wiedziałam, że to on. Opierając się o ścianę, mażąc ją swoją krwią, przesuwałam się powoli w stronę głosu.
-Pomocy …Jest tu ktoś? - Starałam się krzyczeć, lecz nie miałam siły. Wtedy przestałam go słyszeć.  Ledwo stojąc na nogach, przeszłam parę kroków, lecz rany, obrażenia były zbyt ciężkie. Upadłam. W ostatniej chwili złapał mnie Siwowłosy.
-Saro, to ty? Co ci jest? Gdzie Kamzo?
-Kamzo... Oni ma… -nie pozwolił mi dokończyć .
-Chodź ze mną. Porozmawiamy o tym na miejscu- Gdy prowadził mnie do wolnego łóżka, słyszałam głos Cusa; rozmawiał z Col’sheer’ee. Z rozmowy zrozumiałam tylko tyle, że stan Hei’lang jest stabilny. Nie wiedziałam co się stało. Gdy Sall pomógł mi dojść do łóżka, powiedziałam mu co się wydarzyło, że wpadliśmy w pułapkę i straciłam kontakt z Kamzem. Chwilę rozmawialiśmy, lecz osłabienie dało o sobie znać. Omdlałam. Moc we mnie walczyła, nie pozwalała ciału się poddawać, lecz ciało już było zmęczone tym ciągłym ukrywaniem się, walką, ucieczką. Przez sen pamiętam czerwone oczy Col’sheer’ee, która podawała mi leki na uspokojenie.  Potem tylko pustka. Zapadłam w śpiączkę.